fbpx

Team: Żuk Tattooing

Konstancja Żuk znana wszystkim jako Żuk Tattooing od ponad roku jest w naszym teamie. Żuk ma ogromną wiedzę na temat tatuażu, którą chętnie się dzieli! Najpierw dzieliła się nią na swojej stronie na Facebooku, a kilka miesięcy temu wydała książkę – Poradnik o Tatuażu. Jak sama mówi: „Książka to efekt mojej dwuletniej, edukacyjnej pracy u podstaw, opartej na codzienniej pracy tatuatorskiej z klientami, na zorganizowanych prelekcjach, podczas których odpowiadam na najczęściej zadawane pytania oraz obserwowaniu, jakie aspekty zwykle budzą wątpliwości klientów”.

Jak zaczęła się twoja przygoda z tatuowaniem? 

Moja przygoda z tatuowaniem jest długa, kręta i wyboista. Byłam w liceum, gdy zdecydowałam się zrobić sobie pierwszy tatuaż, a tatuaże podobały mi się od zawsze (widniały na ciałach moich muzycznych idoli, także łyknęłam jak młody pelikan koncept całego zatatuowanego ciała). Wówczas jednocześnie zaczęłam z bliska obserwować polską i zagraniczną scenę tatuażu, po mału czytać prasę branżową i wysciubiać nos na konwenty. Skok lata w przód na tej linii czasowej – odważyłam się chwycić za maszynę, ale do tego momentu upłynęło dużo, dużo wody. 

Planowałaś od samego początku karierę tatuażysty?

Nie wiem, co oznacza od samego początku. Od dziecka? Jako dziecko, polskie dziecko z bloków, z niezbyt zamożnej rodziny, nie wiedziałam nawet, że coś takiego istnieje. Chciałam być lekarzem weterynarii przez wiele, wiele lat, gdyż bardzo kocham zwierzęta. Ale życie bardzo szybko zweryfikowało dziecięce marzenia, okazało się nieprzewidywalne i skończyłam przy maszynie ;). Tak naprawdę zastanawiać się na poważnie nad dołączeniem do branży zaczęłam mając dwadzieścia kilka lat i od zastanawiania się, do robienia, była długa droga, głównie przez to, że moja niska samoocena wyłazi na każdym kroku i czułam się niegodna. Zresztą wciąż się tak czuję. Ja się do tego przygotowywałam merytorycznie. Zgłębiałam wiedzę na temat branży w Polsce, za granicą, na temat samego tatuażu, sprzętu, rzuciłam wszystko, poszłam specjalnie w tym celu na studia artystyczne, aby otworzyć sobie głowę. Po malutku nabierałam odwagi. Aby wystartować. 

Jesteś samoukiem czy uczyłaś się pracy w studiu?

Trochę jedno, trochę drugie. Sam początek miał miejsce u mnie w mieszkaniu, czego nie polecam, jednak niesamowicie szybko pod swoje skrzydła przygarnęła mnie Kasia Piątkowska ze studia Widzimisie, za co jej serdecznie dziękuję. Nie zdążyłam nabrać złych nawyków, mam nadzieję. Jednak kłopot był następujący – ja chciałam pracować w kolorze, a osoby, z którymi pracowałam na co dzień i mam okazję pracować do dziś, to byli głównie blackworkerzy. Także koloru uczyłam się sama, metodą prób i błędów oraz metodą „proszę, czy mogę przyjechać na guest spot popaczeć”. I tak „paczałam” i się uczyłam. 

Kiedy trafiłaś do profesjonalnego studia?

Zrobiłam dosłownie kilka tatuaży w domu i hop do studia. Dzięki losowi ufff. To też było trudne logistycznie przedsięwzięcie, ponieważ dojeżdżałam codziennie 100 km w jedną stronę. Czyli solidna 200 dziennie, ale bardzo miło wspominam ten czas. 

Ćwiczyłaś najpierw na sobie? 

Tak! Dwa pierwsze tatuaże, to tatuaże, które zrobiłam na moich własnych nogach. Nigdy ich nie zakryję, to jest takie wspomnienie trudnych początków. 

Jaki jest twój styl tatuowania? Jak go wypracowałaś? 

Nie wiem, czy mogę stwierdzić, że mam jakiś styl. Ja mam słabość do tatuażu tradycyjnego i neotradycyjnego. Kocham rzeczy, które są słodkie, błyszczące i bajkowe, chociaż sama ubieram się wyłącznie na czarno i obwieszam płonącymi kościołami, to tatuatorsko mój gust jest w pełni zbieżny ze wszystkim, co dziewczęce i #pinkworkers. Także sądzę, że w moich pracach to widać, ja tak naprawdę robię takie wzory, takie tatuaże, jakie sama chciałabym nosić. Nie mam pojęcia, czy to błąd, a może dobra droga, ale na pewno jakaś ścieżka to jest. Oby do „własnego stylu”.

Skąd czerpiesz inspiracje?  

Moimi inspiracjami są inni tatuatorzy – wcześniej spędzałam całe godziny na instagramie, moje życie prywatne nie istniało, ponieważ obserwowałam intensywnie co robią inni i jak to robią. Obecnie wygląda to nieco inaczej. Zauważyłam, że oprócz pracy wypada nie być samotnym ziemniakiem, bo praca kiedyś może się skończyć i co wówczas, więc dobiegając trzydziestki zaczęłam się również koncentrować na zacieśnianiu więzi z bliskimi, także inspirację głównie czerpię podczas guest spotów. Obserwuję innych artystów na żywo, rozmawiam z nimi i zadziwiam się nieustannie ile różnych podejść do tatuażu można mieć. I tym samym szukam własnego, które się obecnie bardzo zmienia – od podejścia „tatuowanie to całe moje życie i robię to 24/7, a jak popełnię mały błąd to się 6 godzin biczuję w zaciszu domowym” do podejścia „wszystko w swoim czasie”. 

Są motywy, których się nie podejmiesz? Jak, tak to jakie?

Właściwe nie. Ja jestem osobą, która po prostu lubi tatuować. I mnie jest tak naprawdę wszystko jedno, co to jest, o ile umiem to zrobić i klient będzie szczęśliwy. 

Czujesz stres podczas tatuowania?

Stres może nie. Adrenalinę. Mam to uczucie od pierwszego wykonanego tatuażu i trzyma mnie wciąż. Pierwsza kreska na skórze klienta to strzał adrenaliny, która trzyma mnie mocno, wpływa na mój poziom koncentracji i sprawia, że zajawka jest wciąż żywa. 

Jesteś wstanie policzyć, ile mniej więcej tatuaży wykonałaś? 

Nie. Szczęśliwi czasu nie liczą. Także dziar chyba też nie 😉

Co uważasz za najważniejsze w procesie gojenia? 

Spokój i cierpliwość. Najgorszą rzeczą jest panika. Ludzie często panikują w sytuacjach zupełnie normalnych i zamiast pisać do tatuatora, szukają pomocy w internecie, otrzymują tragiczne rady, jak na przykład antybiotyk, gdy nie ma stanu zapalnego. Głęboki wdech, tylko spokój nas może uratować. Kontaktujcie się z artystami, cierpliwie czekajcie na odpowiedź, autor tatuażu jest jedyną kompetentną osobą, która wam powinna pomagać.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *